Reklama

Aldona Marciniak: Początek kariery wyścigowej jest na torze, nie w grach wideo

Aldona Marciniak - archiwum prywatne /materiały źródłowe

​Aldona Marciniak jest jedną z najpopularniejszych polskich dziennikarek sportów motorowych. Dziennikarka "Przeglądu Sportowego" i ekspert stacji ELEVEN SPORTS opowiedziała nam między innymi o wpływie simracingu na "realne" wyścigi, pracy kierowców na symulatorze, o tym czy granie może pomóc w rozwoju wyścigowym oraz wiele więcej. Zapraszamy do lektury wywiadu.

Krzysztof Chałabiś: Jak duża część pracy kierowcy wyścigowego składa się z jazdy na symulatorze?

Aldona Marciniak - Po pierwsze trzeba podkreślić, że nigdy wcześniej w Formule 1 symulator nie był tak ważny jak teraz. Wcześniej, gdy nie było ograniczeń w testowaniu, zespoły wydawały fortunę na kilometry na torze. Żeby pokazać skalę, weźmy za przykład oficjalne testy F1. W 2006 roku, gdy w roli testera debiutował w BMW Sauber Robert Kubica, zespoły przejechały w nich 411 tysięcy kilometrów. W 2019 roku - 77 tysięcy. Gdzie się podziały te kilometry? Są pokonywane na symulatorach właśnie. Symulator to ważne miejsce pracy i dla kierowcy wyścigowego - choćby, gdy chce poznać nowe tory - i dla kierowcy oddelegowany do pracy tylko tam. Taka osoba jest ważna nie tylko w codziennej pracy, ale przede wszystkim podczas weekendu Grand Prix. I bardzo ważna. Jednym z przykładów, które się często podaje jest GP Kanady 2018, kiedy Antonio Giovinazzi pracujący w symulatorze Ferrari usiadł do pracy we Włoszech po piątkowych treningach w Montrealu i następnego dnia na tor wyjechał kompletnie inny samochód. Nick Yelloly dla Racing Point pracuje po 60-70 dni w roku. 

Reklama

Czy w tej funkcji osoby na symulatorze twoim zdaniem w przyszłości mogą być zatrudniani wyróżniający się esportowcy?

- Odpowiem dyplomatycznie - myślę, że w tej roli ważne jest doświadczenie wyścigowe... Podkreślał to też Robert Kubica, gdy mówił o swojej roli w Alfie Romeo w tym roku. Symulator - owszem. Ale symulator ma największy sens, gdy dostajesz szansę porównania tych doświadczeń z tym, co się dzieje na torze.

Granie w gry wyścigowe może pomóc w rozwoju zawodnika?

- W pewnym stopniu na pewno. Pomaga poznać nowe tory, nie tracić kontaktu z kierownicą. Młode pokolenie, które ostatnio weszło do F1, to zawodnicy uwielbiający wirtualne wyścigi, częściowo na nich wychowani. Ale to są jednak dwie różne rzeczy i trzeba o tym pamiętać. Jest oczywiście też druga strona tego medalu. Bo o ile nie wiem, czy kierowcy wyścigowi mogą na esporcie zyskać, to na pewno wiem, że mogą stracić. Kierowca NASCAR-u Kyle Larson został zwolniony przez zespół i opuszczony przez zespół z powodu rasistowskiej odzywki rzuconej w transmisji na żywo, Daniel Abt został wyrzucony przez Audi, gdy okazało się, że oszukiwał podczas charytatywnego wyścigu Formuły E. Jak? O ironio, podstawiając właśnie profesjonalnego simracera.

Simracing z powodu pandemii koronawirusa stał się bardziej popularny w naszym kraju. Czy sądzisz, że zamiłowanie do gier wideo może być trendem?

- Tak, bo to jest droga, która sprawia, że ściganie jest bardziej dostępne. Fani piłki nożnej nie potrzebują wirtualnego świata - wezmą piłkę i wyjdą na boisko. Ale ilu fanów wyścigów będzie stać, by codziennie chodzić na gokarty? A nawet jeśli pójdą na tor kartingowy, raczej nie spróbują wyścigów samochodowych, o bolidach jednomiejscowych nie mówiąc. W simracingu mają to na wyciągnięcie ręki.

Aktualnie żyjemy w czasach "home workingu". Sport stanął, esport nie, bo nie wymaga fizycznego kontaktu. Uważasz, że esport może być tego jednym z beneficjentów obecnej sytuacji?

- Zdecydowanie. Gdy telewizje sportowe nie mogły pokazywać prawdziwej rywalizacji, wciąż były jedne zawody, które normalnie mogły się odbywać - esportowe. I wiele osób zwróciło się do esportu. Nawet nie z miłości do wirtualnej rywalizacji, ale z tęsknoty za tą prawdziwą. Grunt, że część z nich zostanie nawet po pandemii.

Dalsza część rozmowy na kolejne stronie.

Czy uważasz, że wzrastająca popularność tego sektora gier może przyczynić się do wyłonienia talentu do rzeczywistych wyścigów?

- Jeśli tak zadasz pytanie: "czy może przyczynić się?", to pewnie odpowiem, że tak. Faktycznie ewentualnie może się jakoś przyczynić. Ale nie możemy popełniać błędu i iść w kierunku bardzo kuszącej interpretacji, że gry to początek kariery wyścigowej. Nie. Początek kariery wyścigowej jest na torze w kartingu, gdzieś sporo przed 10. rokiem życia. To nie jest tak, że jeśli jesteś świetnym gamerem, masz 18 lat i wygrasz coś w wirtualnych wyścigach, to nagle zgłosi się do ciebie zespół F1. Nie. W wieku 18 lat masz być już daleko w formułach juniorskich, jeśli marzysz o faktycznym ściganiu. Pamiętasz zwycięzcę pierwszych dwóch sezonów wirtualnych mistrzostw F1?

Jasne, pamiętam.

- Brandon Leigh wystąpił potem w brytyjskiej Formule Ford, naprawdę niskiej serii. W drugim wyścigu wylądował w barierach, w sumie w 11 ani razu nie stanął na podium, a w klasyfikacji generalnej był 13. Jeśli jesteś świetny w wirtualnych wyścigach, czyni cię to świetnym gamerem, a nie świetnym kierowcą wyścigowym. Oczywiście, to może iść w parze. Inny uczestnik esportowych mistrzostw F1 Igor Fraga ma w tym roku wystartować w Formule 3. Ale on ma doświadczenie wyścigowe z prawdziwego toru. Z drugiej strony, wspominałam już o kompromitacji Abta w Formule E. Co wzbudziło podejrzenia, że to nie on siedzi za kierownicą? A to, że był dziwnie szybki. Tyle że to był esportowiec, który go zastępował. A gdy w zeszłym roku Lando Norris z McLarena - a on akurat lubi wirtualne ściganie - usiadł na jedno okrążenie toru Spa z simracerem, to przegrał. Ostatecznie więc to są dwie różne specjalności. No i jak mówi Lando, jednej podstawowej różnicy nie możesz zlekceważyć. Na żywo dochodzi strach.

Stacja, z którą współpracujesz - ELEVEN SPORTS od niedawna transmituje wirtualne zawody. Masz może sygnały na temat odbioru tych zawodów ze strony fanów tradycyjnego sportu?

- Nie mam takich, ale myślę, że wielu kibiców przyszło przed telewizory, chociażby po to, żeby zobaczyć prawdziwych kierowców F1 w akcji. Trzeba tu jednak oczywiście wziąć pod uwagę mnóstwo zmiennych, przede wszystkim grę, która jest bazą. W wirtualnych Grand Prix kierowcy mieli ułatwione zadanie. A przez to, że wyłączony był tryb zniszczeń na przykład wyścig w Monako przypominał bardziej rywalizację w bumper cars.

Formula One eSports Series to esportowe wyścigi, w których udział biorą takie teamy jak Mercedes, RedBull czy Ferrari. Zawody są promowane przez F1. Uważasz, że w przyszłości te rozgrywki mogłyby być kompatybilne z zawodami Grand Prix? Słyszałaś może o planach Liberty (właściciel F1 przyp.red.) w tym temacie?

- Dołączenie Ferrari w 2019 roku było punktem przełomowym, bo włoski team zdecydował się na to jako ostatni, a dzięki jego udziałowi w stawce pojawiło się wszystkie dziesięć teamów. Odzew był fantastyczny. Ponad 100 tysięcy osób w eliminacjach, 60 procent więcej niż rok wcześniej. Suma nagród zwiększyła się 2,5 raza i wyniosła pół miliona dolarów. To pokazuje, że F1 traktuje te zawody bardzo poważnie. To kompletnie nowy sposób dotarcia do fanów. Zeszłoroczne rozgrywki obejrzało 5,8 miliona osób. Nie znam konkretnych planów Liberty, ale jakie one by nie były, można je podsumować jednym słowem hasłem: rozwijamy to!

Próbowałaś sama grać w gry wyścigowe, może rajdowe?

- Oczywiście! Ale prawdę mówiąc bardziej lubię te rajdowe. "Colin McRae Rally" to moja ulubiona. Spędzałam godziny na Rajdzie Australii, do tej pory pamiętam pierwsze kilometry "oesów"! A Finlandia będzie mi się śnić po nocach... grałam też w "Dirta", ale już bez takiej sympatii.

Ostatnia część dyskusji na następnej stornie.

Wspomniałaś w jednym z wywiadów, że Robert Kubica woził ze sobą konsolę. Zdradzisz w jakie gra tytuły?

- Woził. Mówiłam o dawnych czasach. Robert zawsze lubił "Richard Burns Rally". Nietrudno zgadnąć dlaczego. Bo trudna...

Wspólnym mianownikiem sportów motorowych i esportu, w dziennikarstwie również, jest środowisko przynajmniej w teorii zdominowane przez mężczyzn. Jak podchodzisz do tego, że jesteś niejako zmuszona do pracy głównie z płcią przeciwną?

- Ja to sobie bardzo cenię. Współpraca w męskim gronie jest prostsza. Nie ma podchodów, obrażania się. Są proste komunikaty. Nawet jeśli ostre, to po pięciu minutach wszystko jest wyjaśnione i idziemy dalej. Pod względem stylu współpracy i komunikacji zdecydowanie jestem chłopczycą. Z poczucia humoru też <uśmiech>.

Co byś powiedziała młodym dziewczynom, które chciałyby wejść w męskie środowisko esportu, ale jest im to odradzane dlatego, że właśnie mało reprezentantek gości w środowisku? Zapewne mierzyłaś się z tym samym problemem.

- W żaden sposób nie powinno ich to zniechęcać! Wyścigi są genialnie między innymi dlatego, że tu kobiet nie ogranicza fizyczność - jak w sportach zespołowych czy choćby lekkoatletyce, gdzie z powodu naturalnych uwarunkowań mogą mniej. W wyścigach fizycznie startują z tego samego punktu wyjścia. Cała reszta jest w ich rękach. I głowie!

Jak będzie wyglądała przyszłość Formuły 1 w sezonie 2020 w dobie pandemii?

- Na razie wiemy o ośmiu wyścigach, które odbędą się na sześciu torach podczas wakacji. Ten kalendarz zatwierdziła FIA. Reszta zależy od tego, jak i czy rozwinie się pandemia. To będzie nowa Formuła 1. Z egzotycznie brzmiącymi nazwami jak GP Styrii albo Formula 1 70th Anniversary Grand Prix z okazji 70 lat mistrzostw świata F1, za to bez kibiców, bez większości torów ulicznych i bez całej otoczki, która jest wielkim elementem widowiska. Teraz jednak liczy się uratowanie sportu jako całości, uratowanie zespołów. A to może się wydarzyć tylko na torze.

Piłkarska Bundesliga jako pierwsza liga piłkarska w Europie wznowiła rozgrywki w czasie pandemii. Czy są już jakieś ustalenia w sprawie serii DTM, gdzie ma jeździć Robert?

- Mamy już całkiem dużo konkretów. Jest kalendarz na sezon 2020, dziesięć wyścigów, ale bez dalekich podróży, które pierwotnie planowane. Wszystko kompaktowo - w Niemczech, Belgii i Holandii, na trzech torach kierowcy, wzorem Formuły 1, pojadą przez dwa weekendy z rzędu. Jest niestety dużo kolizji z F1 - w tej pierwszej części sezonu aż cztery, ale przy tak ściśniętym kalendarzu to było do przewidzenia. Tęskniliśmy za wyścigami, teraz przez całe wakacje będzie tylko jeden niewyścigowy weekend.

Na koniec chyba najtrudniejsze pytanie. Czy Robert Kubica wróci do Formuły 1 jako pierwszy kierowca teamu?

- Faktycznie, trudne. Gdyby nie koronawirus, powiedziałabym, że szanse są bardzo duże. Teraz musimy się jednak odnaleźć w nowej rzeczywistości i to dotyczy każdego - i kierowców, i zespołów, i sponsorów, i całej Formuły 1. To, na co mam nadzieję, to, że Robert będzie się o ten powrót starał. Bo mam poczucie niedokończonej misji. I myślę, że on też. 

ESPORTER
Dowiedz się więcej na temat: Aldona Marciniak

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy