Reklama

Pracownicy protestują, firma nie pozwala usuwać kont - trwa kryzys w Blizzard

Twórcy gry chyba nie spodziewali się, co ich spotka za ukaranie jednego z graczy /AFP

​Afera związana z zawieszeniem przez Blizzard profesjonalnego zawodnika Hearthstone za wyrażenie poparcia dla trwających od końca marca demonstracji i protestów w Hongkongu zatacza coraz szersze kręgi. Amerykańska firma chyba nie spodziewała się, jak ogromna spanie na nią krytyka.

Okazuje się, że nie wszystkim pracownikom amerykańskiego studia spodobało się takie podejście do gracza. Firma ma przed wejściem do swojej siedziby ogromną statuę, pod którą wypisano osiem najważniejszych wartości. "Ktoś" zakrył dwie z nich: "Każdy głos się liczy" oraz "Myśl globalnie".

To nie jedyna forma protestu, na jaką zdecydowali się pracownicy. Ta bardziej bezpośrednia to opuszczenie stanowisk pracy i wyjście z biura. Część deweloperów miała przy sobie parasolki, co jest już wyraźnym nawiązaniem dla protestujących w Hongkongu, którzy także noszą parasole.

Reklama

To był jednak tylko początek zamieszania. Blizzard wyraźnie nie wie do końca, co zrobić z ogólnym niezadowoleniem. Na krótko wyłączono między innymi możliwość wchodzenia na dział poświęcony grom firmy w serwisie społecznościowym Reddit, ze względu na nagromadzenie krytyki.

Co więcej, sporo graczy najwidoczniej nie kłamało i faktycznie zdecydowało się na bojkotowania produktów studia. Dość powiedzieć, że musiało być ich na tyle dużo, że firma zdecydowała się... wyłączyć wszystkie opcje służące do usuwania kont Battle.net.

Cała afera i reakcje idealnie wpasowują się w obecną sytuacją polityczną, z naciskiem na trwającą wojnę handlową na linii Chiny - USA. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych oraz Europy z coraz mniejszą pobłażliwością spoglądają na poczynania chińskiego reżimu, w tym na zastraszanie zachodnich firm.

Tylko w ostatnich dniach włodarze w Chinach obrazili się między innymi na ligę NBA (także chodzi o Hongkong) oraz popularne kreskówki South Park. Mało pochlebny odcinek serialu spowodował, że z sieci Państwie Środka zniknęły nagle wszelkie wzmianki o istnieniu takiej produkcji.

Dlatego właśnie błyskawiczne zbanowanie gracza oraz zwolnienie z pracy dwóch prowadzących transmisję wywołało ogromne oburzenie wśród graczy na Zachodzie. Zwłaszcza, że to tylko jeden z podobnych incydentów w ostatnim czasie, ponieważ Chinom nie podoba się bardzo wiele.

Przypomnijmy: Chung "Blitzchung" Ng Wai brał udział w oficjalnym, azjatyckim turnieju Grandmasters, gdzie pozwolił sobie także na założenie maseczki na twarz na wzór tych, które noszą właśnie protestujący w Hongkongu. "Uwolnić Hongkong. Rewolucja naszych czasów!" - powiedział.

Blizzard oblał się zimnym potem, zdając sobie sprawę z nadwrażliwości cenzorów w Chinach oraz pieniędzy, jakie dla firmy generuje ten rynek. Gracz  został natychmiast usunięty z turnieju Grandmasters, nie dostanie pieniędzy za udział, a także został zbanowany na okres roku.

Tymczasem kwestia zawieszenia dotarła już do komentatorów "głównego nurtu". "Wstyd, że Blizzard i NBA wolą zyski od wolności i demokracji, pozwalając chińskim pieniądzom kupić cenzurę. W ten sposób stajecie po stronie represji i reżimu" - napisał Brian Klaas z dziennika Washington Post.

Z dalszej współpracy z turniejami Grandmasters w Hearthstone zrezygnował także popularny komentator Brian Kibler, jedna z legend produkcji. Ten tłumaczy swoją decyzję właśnie "wyjątkowo ostrym" potraktowaniem Chunga "Blitzchung" Ng Wai.

Czy Blizzard zdoła jeszcze odzyskać twarz? Począwszy od tragicznych skutków zapowiedzi mobilnego Diablo na ostatniej imprezie BlizzCon, studia ma za sobą bardzo trudny okres, w którym - jak się wydaje - straciło niemal wszystkie resztki wizerunku firmy koncentrującej się na graczach.

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy