Reklama

Reklama

Koniec dominacji Astralis? Kto następny?

Jeszcze w marcu tego roku wydawało się, że na scenie Counter-Strike'a Global Offensive istnieje tylko jeden kandydat do zwycięstw w turniejach – Astralis. Minęły jednak trzy miesiące, które znacząco zmieniły obraz sytuacji. Teraz pytanie, jakie pojawia się w kontekście duńskiego zespołu, to czy nie wpadł on w kryzys formy lub też jego era nie dobiega końca? Jeżeli tak, to niebawem powinien pojawić się nowy dominator, którego coraz łatwiej wyznaczyć.

Upadali wielcy

W zasadzie od początku profesjonalnych zmagań w CS:GO przychodził czas, gdy któraś z drużyn prezentowała się wyraźnie lepiej od reszty stawki. Jako pierwsi poważnie swoja obecność zaznaczyli zawodnicy Ninjas in Pyjamas, bijąc wszelkie rekordy i zdobywając kolejne trofea. Następnie przyszedł czas na fnatic, które w 2015 roku „pozamiatało” całą sceną, dopiero w końcówce sezonu nieco spuszczając z tonu. Lata 2016 i 2017 nie miały już wprawdzie aż tak wielkiego dominatora, lecz nie trudno wyróżnić w nich najlepszy zespół, jakim stało się brazylijskie LuminosityGaming/SK Gaming.

Każda z wyżej wymienionych formacji miała swój moment, gdzie była absolutnie nie do pokonania. Wszystkie wymienione zespoły z czasem trafiły jednak na kres swoich możliwości. Co ważne, żaden z nich po osiągnięciu swojego szczytu nie był w stanie pozostać w czołówce na dłużej. Owszem, każdej z formacji zdarzało się jeszcze wygrać jakiś turniej, lecz raczej był to jednorazowy strzał, aniżeli rozpoczęcie „zagnieżdżania” się w ścisłej czołówce na nowo.

Przejęcie pałeczki


Jako że świat nie lubi próżni, to w 2018 roku również pojawił się zespół absolutnie dominujący resztę sceny. W sztafecie padła kolej na Astralis. Wprawdzie Duńczycy już w 2017 roku zgarnęli chociażby ELEAGUE Major Atlanta oraz IEM Katowice. Dopiero rok później jednak drużyna znalazła sposób na notoryczne wygrywanie turniejów, czym zaskarbiła sobie przychylność fanów.

Dziesięć wygranych rozgrywek w ciągu roku, w tym FACEIT Major. Zdobycie Intel Grand Slam – to wszystko przełożyło się na myślenie, że mamy oto do czynienia z najlepszą formacją w historii CS:GO. Dobre rezultaty przełożyły się również na zarobki zawodników, gdyż na stronie esportsearnings.com wszyscy aktualni członkowie Astralis okupują najwyższe miejsca na liście graczy z największą ilością wygranych pieniędzy. To chyba najlepsze podsumowanie dominacji.

Wejście w obecny rok nie zaskoczyło specjalnie fanów profesjonalnych zmagań „cs'a”. Wprawdzie Duńczycy przegrali z Team Liquid podczas iBUYPOWER Masters IV, lecz na Majorze IEM Katowice Skandynawowie znów pokazali swoją moc. Na dodatek doszło zwycięstwo w BLAST Pro Series São Paulo, utwierdzające, że pierwsze miejsce w rankingu HLTV.org jest absolutnie nieprzypadkowe, a my, fani, nadal możemy raczyć się grą najlepszego składu w historii produkcji.

Nie znasz dnia ani godziny

I gdy wszystkim wydawało się, że Astralis będzie dominować jeszcze przez długie miesiące... drużyna nagle straciła swój animusz. Nieudane zmagania na BLAST Pro Series Miami można było uznać za wypadek przy pracy. Kolejny przystanek dla drużyny stanowił BLAST Pro Series Madryt. Tam Nicolai „device” Reedtz i spółka znaleźli się w finale, gdzie uznali wyższość ENCE Esports.

Następne dwa turnieje w wykonaniu Duńczyków były już jednak dużo gorsze. Nie wyjście z grupy podczas finałów siódmego sezonu ligi ECS zapaliło lampkę, tym bardziej że w zmaganiach nie wzięło udziału kilka czołowych zespołów. Niedawno z kolei Astralis zakończyło rywalizację w ESL Pro League Season 9 Finals na ćwierćfinale.

Oczywiście nie warto podnosić głosów, jakoby to już był koniec ery Astralis i zespół zostaje zagrzebany, albo, co gorsza, potrzebuje zmian. Absolutnie nie o to chodzi, by bić w takie tony. Po prostu nie sposób nie zauważyć, że formacja złapała zadyszkę, tracąc przy tym miano „nie do pokonania”. W trzech na czterech wspomniany eventach duński skład nie był nawet blisko wygranej. Kibiców Astralis może to napawać niepokojem.

Pytanie, jakie nasuwa się samo, to dlaczego tak się dzieje? Odmawianie Astralis umiejętności indywidualnych i drużynowych to głupota. Niedawno drużyna wygrywała Majora, więc również pójście gry z duchem czasu nie ma racji bytu, gdyż niedawno to właśnie Duńczycy ustalali trendy, jeśli chodzi np. o taktyki. Gdzie zatem szukać punktu zaczepienia? Może to kwestia specjalnych przygotowań danych przeciwników pod grę zespołu? Wydaje się jednak, że w końcówce ubiegłego roku nikt nie lekceważył podopiecznych Danny'ego „zonica” Sørensena, a wręcz najpewniej specjalnie się na nich nastawiał. Szukanie w tym aspekcie odpowiedzi na pytanie również zatem wydaje się wątpliwe.

Może kluczem do rozgryzienia tej zagadki jest obecna taktyka Astralis dotycząca turniejów? Niedawno bowiem zespół mocno odciążył swój kalendarz, skupiając się tylko na niektórych rozgrywkach. I tak oto widzieliśmy duński team na BLASTACH, ale już nie podczas IEM-a Sydney czy DreamHacka Masters Dallas.

Z jednej strony to tylko dwa duże turnieje więcej. Jeżeli chodzi tu jednak o rytm grania pod presją na wysokim poziomie, który został zachwiany? Przez to drużyna wraca do poważnego grania nie tak rozpędzona, gdyż musi niejako na nowo wejść w szereg emocji, z jakich na chwilę wyszła? Możliwe, iż pauza dobrze zrobiła zespołowi pod kątem więzi i relacji. Zawodnicy odpoczęli od siebie i od gry, a zazwyczaj takie podejście sprawia, że wraca się do pracy z naładowanymi bateriami. Co, jeśli jednak nie wliczono w to zgubienia wspomnianego wyżej rytmu, mającego wpływ na rywalizację o wysokie cele?

Umarł król, niech żyje król?

Zakładając zatem, że era Astralis dobiega końca, trudno nie odnieść wrażenia, iż za chwilę na scenie pojawi się nowy dominator, który zacznie całkowicie królować i pokonywać swoich oponentów raz za razem.

W stawce wyraźnie zaczyna wyróżniać się Team Liquid. Na początku roku wydawało się, że oddanie Wiltona „zewsa” Prado oraz Epitácio „TACO” de Melo zepsuje dobrze działającą maszynę, jaką od zdobywania sukcesów zazwyczaj dzieliło jedynie Astralis. Przyjście Jake'a „Stewiego2K” Yipa oraz Erica „adreNa” Hoaga wzniosło jednak drużynę na jeszcze wyższy poziom. Faktem jest, że podczas IEM Katowice zespół zaliczył chyba jeden z mocniejszych ciosów, gdyż jako jeden z faworytów odpadł on już w ćwierćfinale zmagań, przegrywając z rewelacją IEM-a – ENCE Esports. Oprócz wspomnianego Majora jedyną poważną wpadką Liquid był jeszcze brak awansu do ECS Season 7 Finals.

Ogólnie jednak patrząc na wyniki drużyny, wyglądają one imponująco:

Reklama

  • zwycięstwo podczas iBUYPOWER Masters IV
  • zwycięstwo podczas IEM Sydney
  • zwycięstwo podczas DreamHacka Masters Dallas
  • zwycięstwo podczas ESL Pro League Season 9 Finals
  • drugie miejsce podczas cs_summit 4
  • drugie miejsce podczas BLAST Pro Series Miami
  • drugie miejsce podczas BLAST Pro Series  São Paulo

Sumując zatem tegoroczne dokonania teamu, wydaje się, że wyrasta on na nowego lidera w walce o kolejne trofea. Znaczna przewaga w rankingu HLTV.org nad wciąż drugim Astralis (prawie 500 punktów różnicy) to jeden z symptomów, iż formacja dąży do zdominowania sceny. Czy jednak jej się to uda, pokażą kolejne turnieje. Najważniejszy sprawdzian stanowi oczywiście StarLadder Berlin Major. Jeżeli tam Team Liquid sięgnie po trofeum, to prawdopodobnie już wtedy rok 2019 będzie można uznać za rok amerykańskiej formacji.

Patryk Głowacki

ESPORTER
Dowiedz się więcej na temat: Astralis | IEM Katowice | Team Liquid | device | zonic

Reklama

Strona główna INTERIA.PL