Reklama

Reklama

​Politycy pokazują się przy esporcie. I dobrze!

Polityka przyzwyczaiła nas do tego, że jeśli zahacza nową branżę, zazwyczaj przynosi do danego segmentu pewnego rodzaju brud. Inaczej jednak sprawa ma się z esportem, gdyż ten głównie na tym zyskuje.

Esport to już poważny biznes

Zaczniemy od trywialnego zdania. Wiadome jest bowiem, iż esport to segment, który nieustannie się rozwija i zbiera nowych odbiorców. W zasadzie tak chyba jednak należy przestać mówić, ponieważ elektroniczne zmagania są już na etapie postępu, który powinien powodować szacunek do całego rynku. Wielomilionowe pule nagród, nawet dziesiątki tysięcy ludzi na trybunach podczas esportowych zmagań, prawa transmisyjne do turniejów wykupowane przez telewizje, rebranding krajowych portali, by mieć u siebie esportowy dział – to się stało i teraz chodzi tylko o to, by dodatkowo polepszać dobrze rozwinięte struktury i standardy. Po prostu wciąż iść do przodu. Kamienie milowe zostały już zdobyte.

Esport zdobył serca wielu milionów ludzi na świecie – kolejny trywializm. Wspomniany, ażeby przejść do sedna sprawy. Jednym z największych aktualnie problemów dla środowiska esportowego to przekonanie krnąbrnych. Nie tyle pozyskania ich jako nowych odbiorców, ale chociaż wzbudzenie u nich należytego szacunku. Niech elektroniczne zmagania zaczną u takich ludzi być traktowane jako normalna praca, a nie „głupie granie”, czy też sławne od roku „walenie w joystick”.

Politycy coraz chętniej pokazują się przy esporcie

I tu zgrabnie przechodzimy do polityki. Dział ten z jednej strony jest przez większość znienawidzony, a politycy to „złodzieje”. Z drugiej strony jednakowoż każdy się na polityce zna, no i oczywiście kojarzy poszczególne nazwiska, czy to lokalnych działaczy, czy tych na najwyższych szczeblach.

Od jakiegoś czasu widzi się ruchy, które niejako pchają politykę w stronę esportu. Podczas Games Clash Masters w Gdyni na scenie wypowiedział się prezydent miasta. W trakcie trwania zeszłorocznego BLAST Pro Series Copenhagen premier Danii jawnie nazwał esportowców sportowcami. 2019 rok to z kolei spore ruchy polskich władz. Mateusz Morawiecki odwiedził bowiem IEM Katowice, natomiast prezydent RP, Andrzej Duda ogłosił Narodową Drużynę Esportu w FIFĘ. Zresztą wcześniej na dużych eventach chętnie pokazywali się inni politycy, jak choćby Leszek Miller czy Janusz Korwin-Mikke.

Reklama

I wiecie co? Dobrze, że tak się dzieje! By od razu spróbować zniwelować wszelakie głosy, jakoby doszło do pieśni pochwalnych w stronę obecnej władzy – nic z tych rzeczy. Na sprawę nie warto patrzeć pod kątem rozgrywek politycznych, mimo że w istocie działania premiera i prezydenta mogą być jedynie kolejnymi ruchami na szachownicy zwanej „wybory 2019”. Rok mamy obfity w wybory, więc każdy głos się liczy.

Dużo korzyści – mniej strat

Dlaczego zatem dobrze, że czołowi politycy w kraju pokazują się na tle esportu? Nieważne bowiem, czy robią to tylko dla pozyskania wyborców, czy też faktycznie widzą w elektronicznej rozgrywce potencjał – w ogólnopolski eter idzie przekaz, iż premier i prezydent mają szacunek do elektronicznych zmagań. Czy znajdą się w kraju poważniejsze osoby, które mogłyby u postawionych na bakier przynajmniej zasiać ziarno szacunku do esportu? Oczywiście Polacy posiadają postacie o większym kredycie zaufania społeczeństwa, jak choćby Jerzy Owsiak, lecz politycy mają na co dzień większą siłę przebicia.

Przestając kluczyć, a wchodząc w konkrety – Morawiecki na IEM-ie, reprezentacja Polski w FIFIE, niejako pod patronatem Dudy – to są konkrety w kontekście zdobywania szacunku dla esportowców. Jeśli prezydent oficjalnie wypowiada zdanie, iż „esport należy uznać za sport” - to jest to dość wiążące. I znów dla widzących tu za dużo polityki. Nieważne, czy Andrzej Duda faktycznie tak myśli. Ważne, iż „w Polskę” idzie przekaz od Prezydenta o treści „esport to dyscyplina sportowa”. A więc profesjonalni gracze to sportowcy. Zatem szacunek należy się im taki sam, toteż elektroniczna rozgrywka może nabrać większego znaczenia u różnych grup społecznych.

Oczywistym jest również, że wspomniane wydarzenia z politykami pozwalają polskiemu esportowi zyskać potencjalnych nowych odbiorców. „Niedzielni odbiorcy” widząc regularny przekaz medialny z jakiegoś esportowego wydarzenia prędzej, czy później w końcu zainteresują się tematem, chociażby szukając odpowiedzi na pytanie „o co w tym chodzi?”.

Osobiście naprawdę nie czuję potrzeby rozszyfrowania idei działań polityków związanych z partią rządzącą odnośnie do esportu. Na ten moment nie jest to w ogóle potrzebne. Nawet jeśli są to typowe „pokazówki”, esport i tak na tym zyskuje. Zdobywa on bowiem w kraju coraz większą popularność i podwaliny szacunku u tych najbardziej zatwardziałych. Nam – środowisku związanym już „z tym światkiem”, polityczne działania z kolei w niczym chyba nie przeszkadzają, gdyż na razie rząd nie kwapi się, ażeby „maczać palce” w cały rynek i jego struktury.

Patryk Głowacki

ESPORTER

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy