Reklama

Reklama

Udowodnił, że chcieć to móc. Szczera rozmowa z Bartoszem "Xntentacionem" Rudeckim

​Bartosz "xntentacion" Rudecki jest jednym z najpopularniejszych streamerów w Polsce. Szachowy influencer przeszedł bardzo trudną drogę na Twitchu, by znów stawać w szeregu najbardziej znanych postaci polskiego internetu. Teraz chce wskrzesić modę na teleturnieje w naszym kraju. Zapraszamy do lektury wywiadu.

Krzysztof Chałabiś - W wywiadzie sprzed roku mówiłeś o swoich wielkich planach, na przykład własnej odzieży. Co się stało, że te plany nie zostały w pełni zrealizowane?

Bartosz "xntentacion" Rudecki - Wiele z moich planów zostało zrealizowanych, a wiele niestety nie. Przykładem jest wspomniany temat mojej firmy odzieżowej. Powstały dropy moich ubrań, tylko w tym czasie nie odbiły się one aż tak wielkim echem w internecie. Powodem tego był ten efekt straty zasięgów, większego zainteresowania moją osobą. Przez to niektóre z projektów nie mogły być zrealizowane, gdyż opierały się one między innymi na interakcji z widzami, a inne plany były możliwe jedynie przy obecności moich widzów, których wtedy było coraz mniej. Stała produkcja ubrań nie ruszyła, ale jednorazowe dropy oczywiście się pojawiły na rynku.

Reklama

Niestety, były też inne plany, które w ogóle nie zostały zrealizowane. Mówię tu na przykład o podróży po Polsce. W sytuacji, w której nie było już takiego szerokiego zainteresowania mną, a wizerunek został nadszarpnięty, moje obawy powstrzymywały mnie od dokonywania tych poczynań. Miałem fobie, że na takie spotkanie ze mną nie przyjdą żadne zainteresowane osoby, że to będzie klapa. Spowodowane to było niemal zerową pewnością siebie w tamtym momencie.

Czyli bałeś się, że małe liczby widzów, które widzisz w formie "cyferek", zobaczysz też w rzeczywistości?

- W jakimś stopniu tak! Akcje, które zapowiadałem, które miały dziać się w internecie czy w "realu" miały skupiać się wokół publiczności, wokół ludzi. Ambitne plany są możliwe tylko dzięki większej widowni i to sprowadza się do tego, że bez widowni nie ma mnie, prawdę mówiąc. To ludzie nadają wartości osobie publicznej. Wbrew pozorom liczby są bardzo ważne i potrafiły mnie one doprowadzać do gorszego samopoczucia, a moje ambitne plany ściągać do ziemi. I mimo szczerych intencji, nie wszystko udawało mi się zrealizować.

Teraz można powiedzieć, że na nowo zacząłem działać w internecie, na Twitchu. Wyszedłem z ambitnymi projektami, które mogę już stwierdzić, że wyszły. To jest jednak tylko początek. Mam w planach rozbudowywać swoją działalność i to, co się teraz dzieje, jest tylko zapowiedzią dalszych planów. Cieszę się, że udało się zbudować na nowo pewne projekty.

Wystąpiłeś na streamie u Sylwestra Wardęgi przed kilkudziesięciotysięczną publicznością. Jak ważne było to dla ciebie wydarzenie?

- To było dla mnie okropnie ważne! Warto jednak powiedzieć, że jakoś niespecjalnie przygotowywałem się do tego. Dzięki wspólnej transmisji z Sylwestrem odblokowałem swoją blokadę psychiczną i udało się raz na zawsze rozwiać jakieś wątpliwości. Pod tym względem było na pewno to bardzo istotne. Natomiast sam w sobie stream nie stresował mnie. Pomimo tego, że było nawet 40 tysięcy osób i mnóstwo komentarzy na czacie. Sytuacja, w której się znajdowałem, dawała mi dużo złego samopoczucia. Zatracałem już nie tylko swój wizerunek internetowy, ale także swoją osobę. Powracające ciągle te same pytania, wątpliwości, sprawiały, że miałem bardzo złe samopoczucie, czułem duże poczucie winy. Nie spodziewałem się tego, chociażby rok temu w trakcie naszej poprzedniej rozmowy, że to urośnie do takich rozmiarów.

Tak jak spektakularny odniosłem sukces, tak samo bolesne były uwagi na mój temat, gdzie wiele z nich to były pomówienia. Ten stream pomógł mi oczyścić się z wielu zarzutów i wytłumaczyć widzom wiele aspektów, które dla mnie są oczywiste, ale dla osób z zewnątrz już niekoniecznie. Na mój temat pojawiało się dużo pogłosek, plotek, sugestii, które były dla mnie bardzo szkodliwe. Dobrze wiemy, że powtarzane wielokrotnie kłamstwo, dla ludzi często staje się prawdą.

Można powiedzieć, że wtedy otrzymałeś od widzów drugą szansę?

- Jak najbardziej tak! Z tym że cel tej rozmowy z Wardęgą był zupełnie inny. To była moja walka ze swoją świadomością, ze swoimi słabościami i chciałem raz na zawsze zamknąć ten temat. Na szczęście okazało się, że tyle poukładałem swoje sprawy z widzami, że działania w internecie stały się na nowo możliwe i realizacja projektów, które miałem w głowie od kilku miesięcy, stała się teraz możliwa i zacząłem je powoli realizować, co można było zaobserwować w trakcie poprzedniej edycji mojego teleturnieju.

Drama "Xayoo" z "Holakiem" pomogła ci oczyścić się przed publiką?

- Na pewno jest w tym dużo prawdy. Wszystko zbiegło się w pewnym sensie wygodnie dla mnie. Aczkolwiek jedno nie wynikało z drugiego. Wspominałem na streamie u Wardęgi, że zdecydowałem się wreszcie na terapię, co uważam za ważny oraz bardzo potrzebny krok do oczyszczenia. Tutaj muszę powiedzieć kilka słów do czytelników. Jeśli czujecie, że wasze zdrowie psychiczne podupadło, to krok w stronę terapii psychologicznej jest bardzo dobrym krokiem. Ja zauważyłem po sobie w byciu człowiekiem. Kiedyś frustracja wylewała się ze mnie całego, a czegoś takiego nigdy nie było. Mogę służyć za przykład, że terapia może wyciągnąć człowieka z naprawdę sporych kłopotów. Ja miałem ogromny problem, by pokazać się na nowo, zacząć streamować, trzymać się systematyczności.

Wracając jednak do tej dramy. Dobrze to się zbiegło w czasie, gdyż występowałem o Wardęgi chyba dwa dni po wybuchu tego konfliktu w Xayoo Industries. Jednak nie było to coś takiego, że "zapaliła mi się lampka", że to jest czas na powrót. Zupełnie inny cel był "spowiedzi" u Wardęgi i nabrało to odwrotnego scenariusza, niż przewidywałem. Już odchodziłem powolutku od stałego streamowania i wszystko odwróciło się, gdy wiele rzeczy stało się klarownymi. Cała ta drama pokazała na światło dzienne, chociażby zasady nieuczciwej konkurencji, jakie panują w internecie. Uważam, że jest ona niszcząca dla innych twórców, ale nie mogę powiedzieć, że ta sytuacja była kluczowym momentem mojego życia i zniszczyła moją karierę. Powiedziałbym, że była to "cegiełka", która potem w jakimś stopniu przyczyniła się do dalszych skutków. Jeden przykry donejt może uruchomić lawinę kolejnych takich wiadomości, gdy widz widzi, że to wywiera jakiś skutek na streamerze, a w moim przypadku te pojedyncze teksty, które obrażały mnie w jakiś sposób, działały na mnie w tamtym okresie negatywnie. Myślę, że jednak teraz tak to nie wygląda. Nie chcę być jednak teraz taki "heja do przodu", bo jest to nadal trudna praca. Praca nad własnym wizerunkiem, w której ludzie często szukają słabości, żeby zburzyć pewność siebie i zabić chęć do działania.

Miałem wielkie opory przed występami na żywo. Negatywne komentarze przysporzyły mi wiele negatywnych myśli. To siłą rzeczy przekładało się w dużym stopniu na życie prywatne. Ta praca zabrała mi dużo wolnego czasu i mocno poświęcałem się streamowaniu. Dbanie o zdrowie psychiczne w mojej pracy było mi bardzo potrzebne. Namawiam wszystkich, by dbać i zwracać uwagę na trudne sytuacje. Ja sam nie wiedziałem, jak może to pomóc i jak bardzo jest to istotne. Wydawało mi się, że nikt w internecie mnie nie złamie. W sytuacji, gdy narastało to do ogromnych rozmiarów, okazało się, że jest to niestety możliwe. Nawet jeśli są to pomówienia, istotne jest, jak człowiek sobie z tym radzi. Mnie to po prostu przerosło.

Są to problemy, które mogą dotyczyć każdego. Od znanej osoby, po przeciętnego "Kowalskiego".

- Jasne, że tak! To może być na pozór najmniejsza błahostka. Ja sam będąc u specjalisty, powiedziałem, że miałem duże opory przed zgłoszeniem się po pomoc. W końcu żaliłem się z problemów w internecie, co mogłoby się wydawać trywialne przy tym, jak komuś umiera bliska osoba i dochodzi do silnego załamania psychicznego. To indywidualna psychika jest uwarunkowana empirycznymi doświadczeniami, wrażliwością, sposobem bycia. Jest wiele czynników, które na to wpływają.

Opowiem pewną historię, której byłem świadkiem. Pewnego razu do doktora przyszła pani sprzątaczka, którą przerósł fakt, że musi posprzątać salę komputerową. Kobieta ta bała się, że zniszczy drogi sprzęt i wpadła w tak głęboki stan lękowy, że aż musiała iść do specjalisty, co dla mnie mogłoby się to wydawać błahym problemem, ale nie mogłem tego lekceważyć, samemu mając spore problemy. Na szczęście doktor pomógł tej kobiecie, by ta przemogła się i wróciła do pracy.

Jakie największe błędy popełniłeś, będąc na szczycie?

- Myślę, że obecnie bardziej skupiłbym się na sobie. Jakkolwiek egocentrycznie to nie zabrzmi. Wiele błędów spowodowanych było przez oczekiwanie na czyjeś decyzje, słuchaniem rad innych, kontaktem z innymi ludźmi. W pewnym momencie moje plany, moja osoba zeszły na drugi plan. Kluczowe w takiej branży jest jednak skupienie się na swoich działaniach, nie patrząc na to, co mówią inni i robić dalej swoje. Niestety wiele rzeczy mnie przerosło. Wolałbym się podjąć działań wokół swojej osoby i stricte działać zgodnie ze swoimi przekonaniami, nie robić czegoś tylko dla innych. Skupić się na sobie, a nie patrzeć na potencjalne możliwości działania z innymi ludźmi.

Oznacza to, że spotkałeś na swojej drodze ludzi, którzy traktowali cię pragmatycznie?

- Nie chcę sugerować tego, że ktoś inny przyczynił się do mojego upadku jako twórcy internetowego. Po prostu za każdym razem, gdy działałem zgodnie ze swoją naturą, udawało mi się działać coraz lepiej na wyższym poziomie. Wiele sytuacji było niedopowiedzianych, wiele problematycznych, chociażby kontakt ze streamerką Nemsko. Jak na to patrzę z perspektywy czasu, gdybym wtedy wyjaśnił, że sytuacja nie zależy ode mnie, myślę, że wizerunkowo nie straciłbym tyle. A jeśli jednocześnie skupiłbym się na sobie, a nie byłbym uzależniony od działań z innymi osobami, umożliwiłoby mi to dalszy rozwój. Wpadłem w taką stagnację i zastój. Zamiast skupić się na powrocie, to czekałem na dopełnienie innych formalności, które wtedy były planowane.

A co największego zyskałeś, podczas kariery streamera?

- Przede wszystkim ogromne doświadczenie! W tej kwestii byłem niezaznajomiony w temacie. Nie miałem pojęcia, o wielu mechanikach biznesu w internecie. A jest to biznes. Nie do końca uważam, że to poważny biznes, ale taki, w którym jest dużo poważnych pieniędzy. Doświadczenie, którego nabyłem oraz osoby z otoczenia, które poznałem, mogę teraz śmiało odsiać. Potrafię powiedzieć, kto jest wartościową osobą i był ze mną w najgorszych chwilach oraz tych najlepszych, a kto się ode mnie odwrócił przy pierwszym powinięciu nogi. Nie ma co się oszukiwać, były momenty, gdy każdy chciał ze mną współpracować z uwagi na liczby, jakie wykręcałem na streamie. Natomiast, jak moje liczby zmalały, przestałem być dla nich atrakcyjną osobą do znajomości. Internet jest bardzo niewdzięczny pod tym względem. Jest to jednak prawda uniwersalna, smutna, ale prawdziwa.

Możesz powiedzieć, że upadek internetowy pozwolił ci zrobić pewien odsiew?

- Tak! Do tego nauczyłem się ogromnego dystansu, do ludzi, do internetu, do całej otoczki, jaka jest w sieci. Branża internetowa jest bardzo bezduszna i trzeba podchodzić do niej z bardzo dużym dystansem, trzeba mieć świadomość, jak ona funkcjonuje. Będąc takim świeżakiem, jakim byłem i dalej uczę się wielu rzeczy, to teraz widzę, jak wielu rzeczy byłem nieświadomy, które miały miejsce. Patrzyłem na wszystkich ludzi dookoła, jak na przyszłych przyjaciół. A to trzeba oddzielić jednak życie prywatne od biznesu. Działamy na pułapie biznesowym. Mogę kogoś lubić, możemy mieć dobry kontakt, ale to może działać na tej zasadzie jak ze znajomym ze szkoły. Teraz siedzimy w pierwszej ławce, ale za dwa lata każdy z nas pójdzie na studia w swoją stronę i mamy kolejny etap w życiu. Tak samo jest teraz, tak samo było wtedy i z tego wyciągnąłem największą nauczkę. Nauczyłem się know-how, nauczyłem się zachowania, aspektów, których wcześniej nie mogłem poznać, bo za krótko funkcjonowałem.

Wiedziałeś o tym, że inni twórcy mogą słać ci takie nieprzyjemne donejty?

- Szczerze powiedziawszy, nigdy nie przyszłoby mi to do głowy. Zaczepki w internecie są częstym zjawiskiem z wielu stron i doświadczamy tego na co dzień. Często są to jednak żarty i należy mieć do różnych zaczepek dystans i różne sprawy możemy załatwić prywatnie. Natomiast, jeśli już widziałem często wulgarne wypowiedzi na mój temat, wiedziałem, ze nie spodobałem się pewnemu środowisku Twitcha, a te donejty pokazały tylko, jak bardzo komuś zależało na tym, by mój wizerunek został zszargany.

Utrzymałeś jakieś nowe znajomości ze środowiska streamerów?

- Oczywiście, że tak. Niektóre się wzmocniły, niektóre osłabły. Tak jak mówiłem, bywa niestety różnie, jak to w życiu bywa. W moim przypadku było to na tyle krytyczne, że na niektórych osobach kiedyś polegałem bezgranicznie, a teraz wiem, że to było uwarunkowane innymi powodami niż sympatia do mnie.

Miałeś żal do Parisa Platynova o to, że nie kontynuowaliście dalszej współpracy?

- Nie, w ogóle nie mam do Parisa żalu. Często otrzymywałem pytania, czy dalej będziemy razem współpracowali. Próbowałem się z nim kontaktować, pisałem do niego, jednakże uważam, że Paris jest samowystarczalnym streamerem. Jest to jedna z najbardziej barwnych i charyzmatycznych postaci w polskim internecie i bardzo dobrze mi się z nim współpracowało. Jednakże jego indywidualne plany, które stawiał wyżej w swojej hierarchii, doskonale pokazują, jak funkcjonuje biznes. Lubimy się cały czas i prawdopodobnie jeszcze coś zrobimy, ale nie mogę cały czas powoływać się tylko i wyłącznie na Parisa i liczyć na to, że za każdym razem będziemy robili wspólny content. Miałem z tyłu głowy, by zrobić jeszcze coś razem, ale niekoniecznie to było zależne ode mnie. O ile dla wielu widzów jest to normalne, to nie każdy jest w stanie to zrozumieć. Paris jest osobą, która robi najlepsze show sam ze sobą, człowiek orkiestra.

Przejdźmy do milszego tematu. Dużo miałeś propozycji walk freakfightowych?

- Tak, mogę powiedzieć nawet, że mam regularnie różne propozycje. Nawet pomimo tego, że w ostatnim okresie miałem nieco słabsze zasięgi, to federacje się do mnie zgłaszały i byłem kuszony atrakcyjnymi pieniędzmi, atrakcyjnymi walkami z sugestią, że moje zasięgi znów by wróciły do wysokiego poziomu. Niemniej jednak biorąc pod uwagę moje problemy zdrowotne, czyli złamaną rękę w lutym i moją nie najlepszą kondycję sportową, bo mało się ruszam i często spędzam czas przed komputerem, znając swoje możliwości, odmawiałem tych pojedynków. Jestem osobą, która dokłada wszelkich starań, by moje wystąpienia stały na najwyższym poziomie. Ja musiałbym rozpocząć regularne treningi, które byłyby wykonywane od serca, podejrzewam, że musiałbym trzymać dietę, nie brałem żadnej z tych propozycji na poważnie.

Mimo że byłby to dla mnie ogromny zastrzyk gotówki, to patrzę na swoje działania długofalowe i skupiam się na swoich działaniach. Nie patrzę na rozpoznawalność, która miałaby powstać kosztem innego wydarzenia i byłaby być może tylko krótkofalowa. Patrząc na to jeszcze od strony PR-owej, to wiele osób kupiłoby dostęp do takiej gali tylko po to, by zobaczyć jak "Szachista" dostaje wpie*dol. Przez to, jak miałem zszargany wizerunek, dla wielu byłoby to z pewnością atrakcyjne wydarzenie. Nie wykluczam jednak, że kiedyś wystąpię na takiej gali, wydarzenia te się stale rozwijają, promowanie sportu ma tutaj miejsce. Niemniej jednak jak na razie nie czuję się gotowy ani fizycznie, ani psychicznie, by wystąpić w którejś z federacji.

Mógłbyś zdradzić kulisy rozmów z federacjami?

- To były bardzo wstępne rozmowy, ale usłyszałem już kwotę, poznałem już datę oraz potencjalnego przeciwnika i było takich sytuacji więcej niż dziesięć. Pierwszą propozycją była walka w kwietniu ubiegłego roku. Moim przeciwnikiem miał być wówczas Sylwester Wardęga, z którym wcześniej nie miałem absolutnie żadnej styczności. Większość moich rywali to byli albo koledzy po fachu, albo nawet znajomi, z którymi się przeciąłem gdzieś na imprezach czy w trakcie działań na Twitchu. Przeciwników było sporo, wielu z nich swoje walki już odbyło. Jedyny realny konflikt miałem z Mateuszem Spysińskim i z nim walka była jeszcze całkiem nie dawno "podsycana".

Niemniej jednak nie mamy ze sobą aktualnie żadnego spięcia, a cała idea walki z punktu widzenia sportowego byłaby ciekawa. Tak jak wspomniałem, to nie jest cały czas mój priorytet i mimo że kwoty pieniężne oscylują wokół sześciocyfrowych liczb, w zależności od rozpoznawalności przeciwnika, to nie jestem na tyle w potrzebie, by te pieniądze "przytulić" i wolę skupić się na swoich działaniach. Nie wykluczam, że kiedyś zawalczę, zobaczymy, jak życie się potoczy.

Twoja aktualna kariera zaczyna coraz mocniej się rozwijać. Mógłbyś więcej opowiedzieć o swojej działalności?

- Podjąłem się organizacji teleturniejów na Twitchu. Zainspirowało mnie to, że w lutym, gdy miałem złamaną rękę, zacząłem streamować trochę bardziej regularnie i wtedy powstał pomysł tworzenia takiego contentu. Zaczęło się od niewinnej "Randki w Ciemno", potem poszliśmy krok dalej i zrobiłem "rekonstrukcję" trochę starszych teleturniejów, aż ostatecznie wymyśliłem pół-autorskie projekty, które uważam, że technologicznie wyprzedzają polski internet. Jest to zupełna nowość pod względem rynku teleturniejów online. W tym celu powstało dedykowane studio, aplikacja zewnętrzna, odczytywanie z internetowych arkuszy, a z racji tego, że wszystko dzieje się na żywo oraz ja jestem operatorem kamery, reżyserem i scenarzystą, to cała wizja teleturnieju została przelana jeden do jednego do rzeczywistości. Dzięki temu wydaje mi się, że wchodzę na wyższy poziom swojej twórczości.

To nie jest już tylko odgrywanie roli, pokazywanie ciekawych aspektów na przykład gry w szachy, ale angażuję kilku twórców, organizuję nagrody, wspólnie podejmujemy działania i wydaje mi się, że całość cieszy się dużym zainteresowaniem z tendencją wzrostową. Zauważyłem, że inni twórcy również uciekają się do teleturniejów, a w Stanach Zjednoczonych taki content potrafi być już ciekawszy od telewizyjnych wydarzeń, gdyż nie oszukujmy się, ale internet w bardzo szybkim tempie "pożera" telewizję. Dlatego też patrzę na to wszystko bardziej długofalowo. Nie tylko nabieram doświadczenia jako twórca, prezenter, twarz projektu, ale tworzę całe zaplecze i uczę się know-how, jak to wygląda "od podszewki".

Liczę na to, że w przyszłości uda mi się zrealizować więcej takich projektów. Ciężko wypowiadać się na temat najnowszego teleturnieju. Zrobiłem pierwszą edycję, która z uwagi na pewne zewnętrzne czynniki miała kilka usterek i nie zrealizowałem tego, co planowałem. Jednakże 15 tysięcy osób obecnych na moim streamie zebranych w ponad godzinę, uważam za wynik imponujący.

Pierwszym twoim większym projektem był teleturniej "Farmazon". Miał on kilka różnych edycji

- Tak, jeden z nich był na przykład przeznaczony tylko dla kobiet. Było sześć streamerek: "Stazjaa", "Nieuczesana", "Wpatka", "k4rolinv", "Camms" oraz "WiadroJuli". Edycja ta została wrzucona na mój kanał YouTube i prawdopodobnie dlatego odbiła się ona najgłośniejszym echem. Warto jednak wspomnieć, że były edycje dla graczy League of Legends, YouTuberów, mieszałem różne środowiska, na przykład związane z TikTokiem. Planuję ten teleturniej wskrzesić na nowo, przygotowałem już pytania i teraz już myślę nad cyklicznym harmonogramem. Zauważyłem, że cykliczność jest jednym z najbardziej istotnych czynników, które pomijałem często w swoich działaniach.

Prawdę mówiąc, dalej jest mi to trudno realizować, uczę się tego. Nie boję się powiedzieć, że bardzo szybko wszedłem w ten biznes i przerodziło się to w jakiś sposób w pracę. Pozwala ona mi się rozwijać, lecz praca jak każda inna, rządzi się swoimi prawami i systematyczność jest niezwykle ważna. Tamte turnieje uważam, że na swój czas były dobrze dopięte technicznie, poszedłem krok dalej i odbyło się ich już całkiem sporo. Nie każdy jednak odbił się echem. Czasami było 4 000 widzów, czasami 8 000, ale każda z tych liczb jest dla mnie satysfakcjonująca.

Trudno jest zaprosić innych twórców do takiego projektu?

- Tak naprawdę to jest największy minus i największa trudność prowadzenia teleturniejów. Każdy twórca ma swoje indywidualne plany, potrzeby, projekty. W tej sytuacji zebrać dziewięciu nawet znajomych jest trudno, bo czasami ludzie nie mają czasu z uwagi na własne plany, a z twórcami jest zawsze dziesięć razy trudniej. Wymaga to ode mnie wymiany wielu wiadomości z influencerami, dopasowania potencjalnych terminów, bo zebranie dziewięciu twórców w jednym lobby internetowym graniczy wręcz z cudem. Sam wiem, jak mi jest znaleźć więcej czasu wolnego i zakładam, że każdy z tych twórców ma podobnie.

Nawet jeśli ktoś chce wziąć udział, to w jakieś dni nie może, a inny twórca z kolei jeszcze inne dni ma zarezerwowane. Znaleźć ten jeden pasujący dzień jest niemal tak trudny, jak wygranie szóstki w Lotka. Dlatego też staram się z miesięcznym wyprzedzeniem ustalać daty, doświadczenie mnie tego nauczyło. Teraz piszę do streamerów wystarczająco wcześniej, żeby oni mogli zapisać to sobie w swoim kalendarzu.

Mógłbyś zdradzić kilka szczegółów nadchodzących teleturniejów?

- Jasne, mogę powiedzieć, że na chwilę obecną zaplanowałem 5-6 edycji do przodu, wraz z potwierdzoną listą uczestników. Chcę, by te eventy odbywały się regularnie w weekendy, a w ciągu tygodnia dopracowuję sprawy techniczne, pytania. Pracuję też nad nowym formatem, by obecny nie "przejadł się" moim widzom oraz planuję wznowienie poprzedniego teleturnieju. Jednakże nie wiem, czy będę zwiększał częstotliwość. Dwa teleturnieje tygodniowo to może być zbyt dużo, nawet jeśli są to różne formaty. Wizja wyrobienia takiej marki cotygodniowego teleturnieju jest dla mnie mocno napędzająca. Inni twórcy, widząc jak wielkie rozmiary, to osiąga, że można pokazać się z ciekawej strony, sami się zaczęli do mnie zgłaszać, że chcą wziąć udział. Także zaczyna się robić z tego samonapędzająca maszyna, a całe zaplecze techniczne leży po mojej stronie i osób, które ze mną współpracują. Nie chcę jednak zdradzać uczestników, bo wiem, że jeszcze wiele rzeczy może się po drodze wysypać, a wtedy to ja za to odpowiadam, nawet jeśli nie jestem temu winny. To jedna z rzeczy, których empirycznie się nauczyłem przez ten ponad rok.

Czy spotykasz się z większym zainteresowaniem ze strony sponsorów?

- Tak i to jest bardzo ciekawa kwestia. Stoję pomiędzy "młotem a kowadłem", gdyż dostaję coraz bardziej atrakcyjne możliwości sponsoringu teleturniejów, dzięki czemu nagrody mogą być coraz wyższe, jestem w stanie zatrudniać więcej osób i uważam, że to wchodzi na dużo wyższy poziom. Im większe wyniki oglądalności osiągam, tym ciekawsi sponsorzy się do mnie zgłaszają. Nie wiem, w jaką stronę to idzie, bo jeżeli coś się wysypie, format będzie mniej ciekawy, to sponsorów też ubędzie. Jestem zadowolony z tego, jaką cieszy się to popularnością i jak to wygląda. Nie mam oczekiwań na przyszłość, a elastyczność tych formatów pozwala mi na indywidualne dobranie sponsorów na poszczególne teleturnieje. Czasami nawet firmy chcą podejmować 30-dniowe czy nawet 3-miesięczne współprace.

Czy był pomysł, by jeden z teleturniejów poprowadził na przykład sam Krzysztof Ibisz?

- Tak, osobiście rozmawiałem z panem Krzysztofem. Tylko że zarówno pan Krzysztof, jak i druga osoba pracująca aktualnie w telewizji, czyli wokalista "Norbi" nie mogą wziąć udziału w moim internetowym show z uwagi na kontrakty wiążące ich z obecnymi pracodawcami. Nie chcieliby oni złamać jakiegoś punktu umowy i traktują na tyle poważnie ewentualne wystąpienie na moim kanale, że nie chcą narazić się na różne kary wynikające z ich umów, co jak najbardziej rozumiem i szanuję. Chcę jednak podkreślić, że nie zamierzam zamykać się jedynie na grono twórców internetowych. Jeśli format ma zyskiwać na popularności i skupiać coraz większe grono widzów, chciałbym dobierać jak najciekawszych gości z bardzo różnych środowisk. Udaje się nam zainteresować coraz więcej ludzi z różnych branż.

Robert Makłowicz stał się w sieci bardzo popularną postacią. Czy myślałeś, by on wystąpił na przykład w kulinarnej edycji twojego formatu?

- Myślę, że jest to wspaniały pomysł. To właśnie leży po mojej stronie, żeby skontaktować się z panem Makłowiczem, przedstawić mu swoje idee. Ponadto pan Robert nie jest związany z żadną telewizją, a ponadto widziałem, że streamował na swoim kanale internetowym, gdzie ten świat był dla niego bardzo abstrakcyjny. Niemniej uważam, że pokazywanie się ludzi - ikon telewizji jest bardzo opłacalne, co możemy zobaczyć na przykładzie Macieja Orłosia - legendy "Teleexpresu" czy też Cezarego Pazury. Obaj prowadzą prężnie działające kanały na YouTube i zrozumieli, że jest to dziś istotny sposób na bycie rozpoznawalnym oraz dalsze utrzymywanie się w przestrzeni publicznej, jeśli chce się dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Sama telewizja może być dziś niewystarczająca, gdy sponsorzy patrzą coraz częściej na rozwinięte profile w internecie.

Planujesz prowadzić nadal szachowy content na swoim kanale?

- Content szachowy cały czas na moim kanale przeplata się z innymi aktywnościami. Nie są to już takie wielkie przedsięwzięcia, bo ja już sam również się z tego wycofałem. Nie boję się również powiedzieć, że środowisko szachowe na najwyższych szczeblach, gdy mówimy o związku czy o ludziach, którzy zarządzają stricte sprawami biznesowymi, nazwałbym dziadostwem. Mają oni zamknięte głowy, gdzie wszystko kręci się wokół tych samych ludzi, to jest bardzo hermetyczne grono, zamknięte na nowe pomysły. Powoli się to zmienia, ale dopóki mentalność pewnych osób sprowadza się do tego, by "najedli się" wszyscy z najbliższego otoczenia, jest to dla mnie nieopłacalne, by nawiązywać współprace. Ja nawet występując pro-bono, przyczyniając się do nagłaśniania szachów, nie mam z tego korzyści. Kiedy jednak wychodzę z inicjatywą, by zrobić coś wspólnie, to często spotykałem się z odmową, ewentualnie "bombardowaniem" moich pomysłów.

Wyszedłem zatem bardziej na swoje i nie skupiam się na działaniach z innymi. Zawsze jestem otwarty na działania szachowe i cały czas jakieś rozmowy są prowadzone, ale nie cieszy mnie, jak to wszystko wygląda od wewnątrz. Kiedy zdążyłem poznać działanie struktur od środka, to właśnie moje zdanie jest takie, jak powiedziałem wcześniej. Mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni, że jakaś nowa gwardia wejdzie na wpływowe stanowiska pod kątem promocji, marketingu w szachach, nastąpi jakaś rewolucja. To są bardzo istotne kwestie. Jak sport (szachy tradycyjne), czy esport (szachy online) mają być czymś atrakcyjnym dla szerszej publiczności, skoro nikomu nie zależy na promocji szachów. To trafia tylko do określonej widowni, która jest targetem. Ja oferowałem, że wspólnie możemy powiększyć to grono, bo przecież nie każdym widzem musi być profesjonalista. Niestety przeciętny użytkownik nawet nie wie, że pewne imprezy mają miejsce. W moim odczuciu marketing nawet cała produkcja, to już są zagrywki polityczne. A jeśli ludziom w związku nie zależy na popularności, to już nie moja sprawa.
Szachy w poważniejszym wydaniu u mnie możemy zobaczyć przy współpracy z Międzynarodowym Mistrzem Dawidem Czerwem na kanale serwisu chess.com. Sam pokazuję ludziom szachy w swój specyficzny sposób i to mi wystarcza.

Zatem uważasz, że szachom brakuje wyjścia do mainstreamu?

- Oczywiście, ale nie będzie nic mainstreamem, co będzie nieciekawie, nudno pokazywane. Poza tym dążenie do tego głównemu nurtu jest bardzo żmudną i może nawet niewdzięczną robotą. Żeby coś się utrzymało na fali, muszą być tam pieniądze, które będą atrakcyjne w postaci nagród, musi być rywalizacja - najlepiej na szczeblu międzynarodowym, muszą to nagłaśniać ludzie, media i wtedy naturalnie nastąpi emocjonalne zaangażowanie widzów w dyscyplinę. Ludzie z natury lubią mieć swoich idoli, za kogoś trzymać kciuki, dopingować, szczególnie jeśli jest to rodak w potyczce z rywalem z zagranicy. Mamy przecież na szczeblu światowym Jana-Krzysztofa Dudę, który niestety nie cieszy się ogromną popularnością w naszym kraju. Jest rozpoznawalny, jednakże niewielu ludzi śledzi jego poczynania na bieżąco, a zainteresowanie szachami w Polsce systematycznie spada. Jeśli osoby zarządzające polskimi szachami, nie mają poczucia, że marketing nie jest im potrzebny, bo otrzymują pieniądze ze Spółek Skarbu Państwa, jak na przykład od firmy Polski Cukier i wszystko dopina się finansowo, a to jest dla nich najważniejszym aspektem, to dalej tak to będzie wyglądało.

Jak z perspektywy czasu oceniasz komentowanie Mistrzostw Polski w szachach?

- Była to bardzo pozytywna inicjatywa. Uważam, że moglibyśmy powtarzać takie akcje zdecydowanie częściej. Przysporzyło to rekordową oglądalność na kanale PZSzach i można powiedzieć, że wówczas szachy były takim gorącym tematem na polskim YouTube’ie. Jednakże w tym roku te wyniki były pięćdziesiąt razy mniejsze. Wnioski można wysnuć samemu. Ja nie traktowałem tego jak biznes, który przysporzy mi dużych wzrostów liczb na moim kanale, bo uważam, że pomysły i zaplecze są zawsze, ale ludzie muszą wyjść z inicjatywą, że faktycznie chcą pokazywać to ludziom. Jeśli nie jest to priorytetem, możemy zostać na poziomie, na którym teraz szachy są pod względem popularności. Komentowanie w jakiś sposób również odciągało mnie od swoich działań, bo jednak nie każdy wiedział, że występuję gościnnie na kanale PZSzach.

Niestety pojawiały się także bardzo nieprzychylne komentarze, sugerujące, że sprzedałem się i zrobiłem to dla pieniędzy, co jest zupełną bzdurą, bo wystąpiłem tam pro-bono, tylko i wyłącznie po to, by przyczynić się do promocji szachów. Z perspektywy czasu tego nie żałuję i uważam za fajne przeżycie.

Jakie masz plany na dalsze swoje działanie w tym roku?

- Na chwilę obecną cieszę się, że mogłem "wrócić do żywych". Moje samopoczucie w pewnych momentach naprawdę sięgało dna i nawet przyziemne, trywialne czynności sprawiały mi problem. Aktualnie jestem pełen wigoru i życia. Rozwijam się na wielu płaszczyznach życiowych. Udało mi się dokończyć licencjat i uważam to za swój mały sukces. Zamierzam pójść na magisterkę, zakończyć edukację. Uważam to za ważny punkt życia, który muszę wypełnić. Do tego w internecie planuję robić swoje na pozór nudne działania, takie jak szachy. Rozwijam także kanał, wraz ze swoją dziewczyną, która wprowadza nowy powiew świeżości i jakości na Twitchu.

Zamierzam dalej uczyć ludzi gry w szachy, a teleturnieje będą zdecydowanie nadrzędnym celem w tym roku, bo chciałbym do końca roku wypuścić jeszcze jeden format i czas pokaże, jaki będzie rozwój sytuacji. Być może zdecyduję się na wypuszczenie własnej gry planszowej, może znajdę jakieś rozwiązanie, by teleturnieje stały na jeszcze wyższym technologicznie poziomie. Nie chcę czegoś zakładać w ciemno, natomiast wiem, że jest to coś, w czym się realizuję, a przy okazji cieszy się to dobrym odbiorem wśród widzów.

Będziesz organizował spotkania z fanami?

- Robiłem już takie rzeczy kilkukrotnie. Otrzymywałem również różne propozycje, w niektórych zdecydowałem się wziąć udział. Na przykład na jednej z uczelni miałem okazję być gościem-przedsiębiorcą i opowiadałem studentom o swoich działaniach i lubię takie przedsięwzięcia. Czy planuję to jakoś szerzej organizować? Szczerze powiedziawszy, nie zastanawiałem się nad tym, jeśli dostaję ciekawą propozycję, niekoniecznie płatną, ale jeśli mogę kogoś zainspirować, coś opowiedzieć, dać się poznać, to bardzo chętnie podejmuję się takich inicjatyw.

Dzięki za rozmowę.

- Również dziękuję i pozdrawiam czytelników!

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy