Reklama

Call of Duty: Vanguard - wszystko co wiemy o multiplayerze

​Za nami oficjalny pokaz multiplayera Call of Duty: Vanguard. Blisko pół godziny Sledgehammer Games poświęciło na zaprezentowanie fanom serii szczegółów dotyczących ich kolejnej produkcji.

Wtorek, 7 września był bardzo długim dniem dla fanów Call of Duty. Wieczór zaczął się bowiem od męczącej raczej prezentacji multiplayera Vanguard w wykonaniu Sledgehammer. Kiedy deweloperzy wyrzucili z siebie wszystkie PR-owe teksty, udało się na szczęście przejść do gameplayu w wykonaniu streamerów i YouTuberów. Na Twitchu oraz YouTube można było oglądać dłuższą, zamkniętą sesję z udziałem najpopularniejszych content creatorów. Mieliśmy więc doskonałe spojrzenie na grę, na kilka dni przed rozpoczęciem pierwszych beta testów.

Reklama

Głównym wnioskiem, jaki można wyciągnąć z oficjalnego reveala jest fakt, że w klasycznym schemacie Call of Duty niewiele się zmienia. Sledgehammer pokusiło się o kilka drobnych nowości w postaci trybów Champion’s Hill oraz Patrol. Ten pierwszy jest trochę inną wersją Gunfighta, a drugi ma być po prostu bardziej dynamicznym Hardpointem.

Największą i najbardziej pozytywną zmianą jest fakt, że na premierę w grze będzie aż 20 map. 16 z nich będzie częścią klasycznego 6v6, a pozostałe cztery będą prawdopodobnie ekskluzywne dla Champion’s Hill. Liczba map jest głównym problemem Call of Duty od ładnych kilku lat. Modern Warfare zrujnował oczywiście cały ten temat, wszędzie wpychając drzwi, a jakość map w Cold War pozostawiała wiele do życzenia. Sledgehammer postawił na ilość. 16 map w porównaniu do chociażby ośmiu w BOCW to ogromny przeskok, który na pewno ucieszy weteranów CoD-a. Co więcej, sądząc po opublikowanych we wtorek gameplayach, mapy wydają się dosyć przemyślane i różnorodne. Wszystkie zaprezentowane w zamkniętych testach lokacje były niewielkie i zbliżone bardziej do klasycznego CoD-a niż Modern Warfare 2019.

Fragmenty rozgrywki sugerują, że pod wieloma innymi względami wracamy do czasów Modern Warfare. Mamy do czynienia nie tylko z tym samym silnikiem, co akurat powinniśmy traktować jako bardzo duży plus, ale również podobnym tempem rozgrywki. Time to kill jest bardzo szybki, sprint out time bardzo wolny, a powrót mountowania dodatkowo zachęca do zatrzymania się w miejscu i cierpliwego czekania na pojawienie się przeciwnika na celowniku.

Są na szczęście elementy bliższe sercu weteranów Call of Duty. Ghost działa tylko wtedy, kiedy jesteśmy w ruchu, wróciliśmy do klasycznych killstreaków, a standardową mini-mapę można włączyć za pomocą specjalnego atutu. Co ciekawe, odgłosy kroków są jak na razie bardzo ciche i zaskakująco przemyślane. Chociaż Dead Silence znów jest field upgradem, w alphie Champion’s Hill oraz wtorkowej becie nie robiło to większej różnicy.

Największym problemem Call of Duty: Vanguard może okazać się w rezultacie system klas i modyfikacji broni. Na dobre odeszły już najwyraźniej stare, dobre czasy pick-10 czy pick-13, gdzie kilka ekstra dodatków do broni wymuszało na graczy zrezygnowanie z perków lub granatów. Teraz na pole bitwy można wziąć ze sobą dosłownie wszystko i nie przejmować się konsekwencjami. Sledgehammer wyniosło system modyfikacji na jeszcze bardziej absurdalny poziom, pozwalając na założenie 10 różnych dodatków na niektóre bronie główne.

Call of Duty: Vanguard zapowiada się aktualnie na spory rollercoaster. Gra wygląda bowiem bardzo dobrze, na konsolach pojawi się FOV slider, a liczba map jest świetną wiadomością dla miłośników klasycznego 6v6. Ci sami fani na pewno z otwartymi ramionami nie przyjmą jednak mechanik z Modern Warfare, które wielu graczom rujnowały rozgrywkę w multiplayerze.

Bardzo dużo wątpliwości powinny rozwiać nadchodzące beta testy. Już 10 września startuje beta dla posiadaczy preorderów na PlayStation. 16 września z kolei testy otworzą się na całą resztę platform. Powinniśmy w ten sposób lepiej zrozumieć tempo rozgrywki, zaznajomić się z dodatkami i zdecydować czy faktycznie te część z nich negatywnie odbije się na rozgrywce.

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama