Reklama

Reklama

Podsumowanie polskiego CS:GO w 2018 roku

Koniec danego roku to zawsze czas podsumowań, analiz oraz spojrzenia na wydarzenia mające miejsce w minionych miesiącach. Korzystając z takiej okazji, warto było przeanalizować polską scenę CS:GO. Czy miniony rok można zaliczyć do udanych?

Ładna oprawa, ale czego?

Zanim przejdę do polskich drużyn CS:GO, chwilę zatrzymam się na otoczce, jaką w naszym kraju posiada ta część esportowej sceny. I jest to największy plus 2018 roku, jeśli chodzi o „cs'a” w Polsce. Jak zwykle nie zawiódł IEM Katowice, ponownie stając się świętem fanów elektronicznej rozrywki. Jednakże IEM co roku jest naszą wizytówką, więc nie ma się co szczególnie nad nim roztrząsać – był po prostu należyty.

W Polsce doszło jednak do innych ciekawych zmagań jak choćby GG League w Poznaniu, czy też Games Clash Masters w Gdyni. Oba turnieje posiadały sporo mankamentów, lecz miały one i plusy. Do Poznania i Gdyni przyjechały europejskie drużyny mające większą lub mniejszą renomę, co dodało wartości wydarzeniom. Same rozgrywki dostarczyły dawki emocji, a o to chyba szczególnie chodzi.

Reklama

Pochwały należą się również polskim organizacjom. Widać bowiem większy profesjonalizm. Coraz bardziej docenia się także wartość marketingową, jaką posiadają drużyny. Liderem w tej dziedzinie wydaje się AGO Esports. Niedawno podjęta współpraca z Tomaszem „Gimperem” Działowym jest kolejnym krokiem promocyjnym, który należy bardziej pochwalić, aniżeli ganić. Inne organizacje również stawiają kroki w kierunku poprawy jakości prowadzenia biznesu, co pozytywnie nakręca rynek.

Wspomniana fasada to jednak ładne opakowanie... no właśnie, czego? Obecnie niczego dobrego, ponieważ rok 2018 nie będzie mile wspominany przez fanów, działaczy czy ekspertów, jeśli chodzi o wyniki polskich formacji CS:GO. Przynajmniej nie powinien być.

Pingwiny szybko złagodniały

Tak naprawdę historię Kinguin warto rozpatrywać od przyjścia do składu Wiktora „TaZa” Wojtasa. Wcześniej ten zespół stanowił niepoukładane puzzle i nawet nie warto szerzej się nad tym pochylać. Co innego, gdy do teamu dołączyła legenda. Człowiek wyrzucony z Virtus.pro mający teraz wnieść jakość na polskie podwórko.

Powrót „TaZa” na polską scenę miał szerszy wymiar. Wraz z nim na trybunach polskich turniejów pojawiło się więcej kibiców, gdyż chciano zobaczyć tak znaną postać w akcji. Szczególnie uwydatniło się to podczas LAN-owej kolejki trzeciego sezonu Polskiej Ligi Esportowej, gdyż po meczu „Pingwinów” Wojtas zmagał się z grupą fanów, rozdając autografy.

Patrząc stricte na zespół i organizację – ruch był dobry dla obu stron. 32-latek dostał szansę na odbudowanie się w teamie zbudowanym przez samego siebie, dostając w tym zakresie wolną rękę od organizacji. Kinguin natomiast przyjmowało w szeregi człowieka dającego promocję. Ponadto pracodawcy na pewno liczyli na podniesienie poziomu sportowego i chyba się nie zawiedli.

Tak, moim zdaniem Kinguin zasługuje na miano najlepszego polskiego zespołu 2018 roku. To tyle jednak słodyczy z mej strony. Ostatnie 12 miesięcy sprawiło, że ten tytuł przestaje być szczególnym zaszczytem na tle Europy. Potwierdza to zresztą ranking HLTV.org, gdzie najlepszy polski team nie łapie się do TOP 30.

Początek „KGN” nie był szczególnie porywający, ale można to opakować w pierwsze tygodnie, gdzie zawodnicy się poznawali, zaczynali układać grę pod siebie itp. Wszak oprócz „TaZa” do formacji dołączyły dwie nowe twarze, więc cały proces budowy drużyny wymagał czasu.

Przyszedł jednak moment, że było dobrze. Finał ZOTAC Cup Masters, następnie zwycięstwo z ciekawą historią w tle podczas DreamHacka Open Montreal oraz finał Games Clash Masters. Niezłe wyniki, szczególnie że triumf podczas DH to najpoważniejsze zwycięstwo polskiej ekipy na międzynarodowym LAN-ie.

Szybko marzenia o nawiązaniu przez krajową drużynę walki z czołówką zostały widowiskowo przesunięte w czasie. cs_summit 3, TOYOTA Master CS:GO Bangkok 2018 oraz SuperNova Malta – trzy turnieje o nieco większej wartości, gdzie „Pingwiny” mogły wyraźnie podbić swoją pozycję. Skończyło się trzykrotnie w fazie grupowej. Końcówkę roku uratowano za sprawą relegacji do ESL Pro League 9, gdzie Kinguin zajęło drugie miejsce, awansując do ligi. Problem tkwi w tym, że slota w rozgrywkach Polacy wywalczyli sobie poprzez zwycięstwo z dwoma polskimi ekipami.

W nowy rok wejdzie drużyna, która zasłużenie ma tytuł mistrza Polski. Zespół po triumfach i upadkach. Pytanie, czy nic w zespole się nie wypaliło, a spora przerwa pomoże znów nabrać świeżości i przywróci „Pingwiny” do walki o nieco wyższe cele? Czy jednak dość szybko coś w teamie się „przepaliło” i konieczna będzie zmiana?

Wrócili słabsi, nowy start to zmieni?

Virtus.pro – legendy, pionerzy w polskim „ceesie”, bogowie, żywe obrazki, dominatorzy... znaczy tak było kiedyś. Dziś to usposobienie memów, żartów, przytyków wynikających ze złości, smutku, żalu czy też niezrozumienia, dlaczego ten zespół tak się stoczył (sportowo oczywiście). Może dowcipy wynikają także z czystej ludzkiej chęci krytyki innych.

I wiecie co? Nie neguję tego. Oczywiście, nie należy za każdym razem podcinać skrzydeł lub też kopać po głowie, ale... drużyna sama sobie na to zapracowała i krytyka (konstruktywna) należy jej się, jak mało komu.

Patrząc bowiem przez pryzmat historii i tego, za jakie postaci uważaliśmy zawodników „VP”, osiągali oni wręcz skandalicznie słabe wyniki. Lwia część turniejów zakończona w grupie, później już nawet brak awansu na bardziej renomowane zmagania. Porażki nawet z takimi formacjami, jak Nemiga Gaming, a znalazłoby się jeszcze więcej takich „kwiatków”.

2018 rok to przede wszystkim koniec legendarnej drużyny. To, jak stopniowo z zespołem żegnali się odpowiednio „TaZ”, „Snax” oraz „byali” było dość znamienne. Związek „przyjaciół”, ponieważ tak lubił o teamie mówić „pasha”, wypalił się na dobre. Swoją drogą nie da się ukryć, że ta dysproporcja słów sprzed kryzysu, a podczas rozpadu też ma istotne znaczenie dla „memiarzy”.

Wracając jednak do oceny, to nieważne, jakie zmiany miały miejsce, team nie szedł do przodu. Co z tego, że dołączył „MICHU”. Żadnego wpływu nie miało również przyjście do składu „snatchiego” ani „morelza”. Im rok coraz bardziej się „starzał”, tym nawet przebłysków formacji znajdowano coraz mniej. Niektóre z nich ludzie szukali na siłę.

Po fatalnym grudniu powiedziano basta. Przyszedł w końcu czas na nowy zespół, odejście od legend i zbudowanie czegoś innego. Czego? Przyniesie nam rok 2019. Wbrew ogólnemu pozytywnemu spojrzeniu na skład, budzi on we mnie więcej niewiadomych i wcale z nieprzesadnym optymizmem (tu starając się być obiektywny) patrzę na przyszłość drużyny – może jednak przyjdzie mi „odszczekać” moje słowa?

Jastrzębiom podcięto skrzydła

Przez pierwsze kilka miesięcy wydawało się – to CI! To właśnie AGO jest drużyną, która na dłużej osiądzie w grupie goniącej czołówkę, by może w przyszłości zaatakować poważne turnieje. Oczywiście – trochę tu przesady, zabawy, ale faktem jest, iż „Jastrzębie” dawały powody do zadowolenia. Solidne WESG, awans do ESL Pro League, niezłe występy na mniejszych LAN-ach, awanse do DreamHacków a całość spięte naprawdę solidnym występem podczas StarSeries i-League Season 5, gdzie Polacy dotarli do ćwierćfinału.

Podczas pierwszych miesięcy podopieczni Mikołaja „miNIr0xa” Michałkówa robili postępy. Jedynym zastrzeżeniem, jakie można było mieć do formacji, to fakt, że progres jest... za mały. W większości wymienionych występów gracze mogli wyszarpać więcej, niż im się udało. Ogólnie jednak ten okres należy zaliczyć do udanych.

A potem, łagodnie mówiąc, coś się popsuło. Drużyna zaczęła pikować w dół, czasem tylko dając fanom powody do radości. Popsuło się coś od wewnątrz – o czym wspominali sami gracze. Później pojawiły się zmiany. Przybył „SZPERO”, lecz to było koniecznością z powodu odejścia „snatchiego”. Później na ławkę przesunięto „TOAO”, za którego przybył „kap3r”.

Roszady za wiele nie wniosły. Team nadal bowiem spisywał się poniżej oczekiwań swoich i kibiców. Sporo porażek, osładzane jedynie zwycięstwami w Polsce. Wygranie PLE 4 oraz awans na finały WESG, gdzie slota uzyskiwał zwycięzca polskich kwalifikacji, nie mogą bowiem przysłonić marazmu zespołu.

Z czym jednak AGO wejdzie w nowy rok? Czy ten zespół faktycznie ma coś jeszcze do zaoferowania? Możliwy jest powrót „Jastrzębi” do swoich dobrych momentów?

Pojedyncze przebłyski

Skoro to podsumowanie ogółu, nie można zapomnieć o innych ekipach z Polski. Te również dostarczyły więcej rozczarowania niż uciechy. Albo inaczej – po rozbudzeniu apetytów nie zaspokoiły one głodu odbiorców.

Idąc drogą Dariusza Szpakowskiego – ocena zostanie dokonana z zachowaniem wszelkich proporcji. Nie ma co wymagać od każdej polskiej ekipy, ażeby nagle podbijała serca fanów na całym świecie. Wystarczyłoby, przynajmniej mi, żeby po osiągnięciu dobrego wyniku pozostały one przynajmniej na tym poziomie.

Takich „one shot only” było kilka. Przez krótki okres dobra postawa PACT, dwukrotny „wystrzał” x-kom Teamu. Pierwszy w czerwcu podczas GG League w Poznaniu, drugi po kompletnej przebudowie składu, czyli awans do zamkniętych kwalifikacji na europejskiego minora. Krótkie okresy Adwokacika oraz MIKSTURY również zasługują na uwagę.

Ostatecznie jednak tego wszystkiego było za mało. Pełnoprawne polskie zespoły szybko „obniżyły loty”, a mixy się rozpadły, co sprawiło, że w europejskich rozgrywkach nieco większego kalibru znów był problem z dobrymi wynikami Polaków.

Każde środowisko ma swoją czarną owce

W podsumowaniu nie można zapomnieć o organizacjach będących „antyprzykładem” ze względu nieodpowiedzialne, a nawet żenujące zachowanie. Z tej gorszej strony również pokazał się x-kom Team. Cień na dobrą pracę organizacji położyła sytuacja z MEET Pointu w maju tego roku, gdzie wyciekła afera o nieprofesjonalnym podejściu Patryka „ponczka” Witesa, przez co zawodnik został wyrzucony z zespołu.

Więcej powodów do „śmiechu przez łzy” dały nam jednak organizacje Pompy Team, SEAL Esports oraz Team Ascent. Dwie ostatnie za punkt honoru postawiły sobie niepłacenie pieniędzy swoim pracownikom. Pompa z kolei musi chyba poważnie naprawić struktury, gdyż zamieszanie z tamtejszą formacją CS:GO przyrównywano do totolotka.

Na pierwszy rzut oka te sytuacje były śmieszne. Tak naprawdę powinniśmy być smutni z tego tytułu. Rzutują one na polski rynek, który, choć wydaje się naprawdę dobry, to posiada miejsca, gdzie wciąż jest, idąc memologiczną nomenklaturą, „jak w lesie”. Wyżej podniesione sprawy na pewno nie pomagają w dalszym poszukiwaniu sponsorów oraz przyciąganiu kapitału do polskiego podwórka. O tyle dobrze, że takie momenty to mniejszość, ale obyśmy jak najszybciej wyciągnęli z nich stosowne wnioski.

Walka o IEM Katowice gwoździem do trumny

Kwalifikacji do europejskiego minora IEM Katowice 2019 nie można nazwać inaczej jak sromotną klęską. Na początku chciałem wypomnieć to uczestnikom podczas indywidualnego oceniania ich postawy. Te zmagania warto jednak oddzielić i uznać je za przełomowe. Ten turniej wyrzeźbił bowiem polskiej scenie piękną dębową trumnę. Pytanie, czy w nadchodzącym roku scena zrezygnuje z jej zakupu, czy powoli ułoży się w niej do snu.

IEM znów będzie majorem. Z tego powodu oczekiwania co do polskich zespołów wzrosły. Jak to tak – bez polskiej drużyny na majorze? Nie może być!

No, a jednak może oraz będzie. Prawdę mówiąc – spodziewał się ktoś innego obrotu sytuacji? Światełkiem w tunelu wydawało się Kinguin, ale ich forma, jak wspomniałem wyżej, w grudniu miała sporo do życzenia. Fatalny występ AGO, które nie poradziło sobie w trzech edycjach otwartych kwalifikacji, to bardzo zgrabne podsumowanie formy drużyny. Natomiast Virtus.pro było już zespołem tylko z nazwy. Zresztą, dyspozycja teamu nie sugerowała więcej, niż dwie porażki w zamkniętym etapie eliminacji.

Najmniej żalu można mieć do x-kom Teamu i MIKSTURY. Świeżo po przebudowie x-kom był bliski minora, co należałoby uznać za sukces. Mix z kolei pozostał mixem, więc ciężko wymagać czegokolwiek.

Inne zespoły z Polski również mogły poradzić sobie lepiej, choć nie można mieć wszystkiego. Cztery formacje z kraju na szesnaście w „closed qualifier” wydawał się dobrym wynikiem. Wydawał się...

No tak średnio bym powiedział

Ten internetowy klasyk jest idealnym podsumowaniem roku w wykonaniu polskiej sceny CS:GO. Jako kraj sportowo osiągnęliśmy... niewiele, a na pewno najmniej ze wszystkich lat. Wyżej wspomniana sprawa rankingu HLTV.org mówi sama za siebie.

Mamy naprawdę scenę z potencjałem. Rozgrywki wyglądają okazale, zainteresowanie istnieje, niektóre organizacje prezentują godny poziom nie tylko płacowy. Polskie turnieje nie są takie złe, choć mankamentów wciąż w nich jest sporo.

To wszystko będzie jednak niczym, jeśli nie zostaną przywrócone sukcesy – a te potrzebne są jak tlen, zarówno dla pojedynczych zespołów, jak i całego środowiska.

Patryk Głowacki

ESPORTER

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy